zaskoczenie spotkalo nas juz na granicy, gdy w pelni profesjonalne
chinskie sluzby graniczne w czystej angielszczyznie pomogly nam
wypelnic papierki, przeszukaly plecaki i nie znajdujac, tego czego nie
powinni znalezc (nieprawomyslnego przewodnika, ktory udawal ksiazke o
Coco Chanel) zyczyly milego pobytu.
Jakby malo nam bylo tarasow ryzowych na polnocy Wietnamu, to zaraz po
wjezdzie do Chin, wdrapalismy sie do Yuanyang, gdzie ludzie z
plemienia Hani przez 1300 lat stworzyli mozaike pol na stokach gor
Ailao. Pomimo, ze tarasy najlepiej prezentuja sie w zimie, kiedy
zalane sa woda oczekujac na wiosenny siew, ich wielka powierzchnia i
geometryczne wzory nawet teraz rekompensuja trud dojazdu do tego
zapomnianego przez budowniczych drog regionu.
Chinczycy staraja sie uzyskac dla tego cudu inzynierii rolniczej
status Swiatowego Dziedzictwa UNESCO, na razie bez powodzenia. Kiedy
jednak dopna swego, miasteczko pewnie straci swoj powolny rytm, stroje
mniejszosci etnicznych beda noszone glownie dla turystow, a hotele
przeslonia widok na doliny.
Z Yuanyang przedostalismy sie do Kunming, niewielkiego, jak na warunki
Chinskie, miasta (ponad milion mieszkancow), gdzie zabawilismy kilka
godzin w oczekiwaniu na oslawiony nocny autobus. Ku naszemu zdumieniu,
autobus byl czysty, wygodny, nikt w nim nie palil (Chinczycy pala
wszedzie i bez przerw), pluli umiarkowanie, a seans filmu kung-fu
skonczyl sie o 22. W takich luksusowych warunkach dotelepalismy sie do
Lijiang, w ktorym zakochalismy sie od pierwszego momentu, gdy o wpol
do szostej rano szukalismy z latarka hostelu, kluczac po malowniczych
uliczkach pelnych pieknych drewnianych rezydencji, ktore wygladaja jak
dekoracje do filmu o podstepnych kurtyzanach.
Lijiang rozkwitlo 800 lat temu jako przystanek na trasie handlu
herbata i zawdziecza swoj unikalny charakter ludowi Naxi, ktory
stanowi wiekszosc etniczna w tym regionie.
Blakamy sie zatem po kretych uliczkach popijajac jogurt z mleka yaka i
napawajac oczy nie mogac sie zdecydowac czy to cepeliada czy raj.
Estamos en China. Poco a poco entramos en este pais. La primera
sorpresa nos espero en la frontera donde los soldados chinos nos
ayudaron rellenar los papeles y luago registraron nuestras mochilas,
todo en un ingles perfecto. No encontraron lo que no deberian (la
guia) asi que nos saludaron y desearon buen viaje.
Como no nos bastaon las terrazas de los campos de arroz en el norte de
Vietnam (donde por cierto encontramos dos parejas de Picon), subimos a
las montanas Ailao donde la minoria etnica Hani ha creado una mosaica
de los campos. Aunque las terrazas son mejores en invierno cuando
estan cubiertas de agua esperando la primavera, su gran superficie y
los matizes gemetricos recompensan la dificultad de llegar a este
sitio olvidado por los ingenieros de carrateras.
Desde alli fuimos a Kunming, la ciudad pequeña (para los Chinos porque
solo tiene millón de habitantes), donde esparamos al autobus nocturo
que nos llevo a Lijiang.
Nos enamoramos de Lijiang desde el primer momento cuando a las 5.30 de
la mañana nos perdimos en sus calles estrechas buscando con la
linterna a algun hostal.
Las calles de Lijiang parecen una decoracion de la pelicula sobre las
curtizanas envidiosas. Asi que aquí estamos tomando yogurt de la leche
de yak y pensando si la ciudad es hortera o maravillosa.
Witajcie moi drodzy! Widzę, że zaczęło się nieźle, celnicy normalni, widoki piękne,autobusy czyste, Lijiang chwyciło za serce od pierwszego wejrzenia, więc czego chcieć więcej?
ReplyDeleteMówiłam, że będzie lepiej!!! Pozdrawiam:-)
Przed chwilą odebrałam przepiękną kartkę z Wietnamu. Pięknie dziękuję Adrianku w imieniu wszystkich domowników za skreślenie tych paru zdań i proponuję trochę pogonić tego kochanego lenia do aktywności!!!! :-)
ReplyDelete