Wednesday, 27 May 2009
Saturday, 23 May 2009
Una Gran Nube Blanca
¡Queridos lectores! Estamos bien, no nos perdimos en el bosque, ni nos encarcelo Sauron en el Mordor. No escribimos nada tanto tiempo por dos razones principales: cansancio y la brecha digital. Estamos cansados de la intensa exploracion de Nueava Zelanda que por su intensidad nos quito todas las ganas de buscar un ordenador decente. Ademas parece que nadie lee las noticias que dejamos en español, porque desde un mes que viajamos hemos tenido 2 (dos) comentarios de los hispanohablantes.
Hablando de nuestras aventuras neozelandesas, esas se limitan practicamente de ver las maravillas de naturaleza (incontables), conducir entre las montañas (demasiadas) y visitar hostales (muy buenos). Lo que parece aburrido es realmente interesante poque la Madre Naturaleza vive aquí y no deja ni un metro quadrado de tierra sin algo impresionante. Antes de dar os un relato conciso de lo que vimos, unas impresiones generales. Nueva Zelanda no inspira ni culturalmente ni en el tema de comida porque todo es mas o menos de estilo ingles y los Maories vivem en reservas (casi). Asi qe la naturaleza es la unica razon para venir aquí. Otra cosa es el nivel de hosteleria. Si España tuviera un sistema de atencion al turista tan bueno, no se hubieran quedado los turistas solamente en las costas. En cada pueblo (que son mayoria, hay 2 ciudades como Dios manda) hay un centro de informacion turistica que no solo te puede reservar las actividades locales sino tambien el alojamiento en el destino de mañana y decir que especie de pajaros raros hcabas de ver en el aparcamiento y que vas a ver en un aparcamiento similar 1000 km mas al norte. Los hostales son muy limpios y bastante baratos y hay un monton de actividades del aire libre (bungy jumping, rafting, etc.). La unica cosa es que hace un frio acogonante y no tenemos ganas de contacto con el aqua helada.
Nueva Zelanda, como ya he dicho, consiste en los pueblos lo que la convierte en un pueblo despoblado. Lo que tiene sus ventajas y desventajas. La ventaja principal es que todo es muy compacto y los puntos de interes estan en la calle principal asi que no hace falta usar ni GPS, ni preguntar a los nativos que no se los entiende ni papa. Donde e dicen i, donde i dicen u, un horror. Pero son superamables y siempe intentan ayudar. Bueno pero la vida nocturna apenas existe, en el pueblo hay 1 o 2 bares ocupados por los nativos o estan cerrados. Los unicos centros de la vida urbana son Wellington y sobre todo Aucland. Christchurch, la segunda ciudad mas grande de NZ, parece un pueblo extenso. No hay na'. Desde alli empezamos nuestra ruta acogidos por una pareja alemano-neozelandesa. Asi que despues de aclimatizarnos, lavar los calconcillos y marcar la ruta empezamos la aventura. Ahora viene una lista corta de nuestros destinos. Habia mas cosas pero como a nadie le interesa lo que escribimos entonces no nos vamos a forzar. Bueno, pues desde Christchurch fuimos a Mt. Cook, el pico mas alto de NZ donde damos unos paseitos y visitamos el glacial de Tasman, que por el calentamiento global parece mas bien un lago grande, gris y triste.
Se me ha olvidado una cosa, para movernos por el pais utilizamos un metodo moderno que se llama Daihatsu Sirion y tiene mas o menos 10 caballos. Pero ha subido todas las montañas con nieve y lluvia y no ha pasado nada.
Desde el Mt. Cook fuimos a Fiordland, que es una zona verde, lluviosa y parece Noruega. Asi que alli cogimos un barco y navegamos un poco en un fiord maravilloso llamado Milford Sound. Desde alli cruzando los Alpes Neozelandesas llegamos al grlacial de Franc Josef, donde damos un paseo al estilo de los polacos tontos. 5 horas cruzando rios, subiedo montañas y cayendo al barro, pero merecia la pena.
Cuando quitamos la ultima capa de barro de nuestras caras nos trasladamos al Greymouth, que no es una ciudad bonita pero tiene un hostal de la hostia (Global Village) y ademas muy cerca estan las Pancakes Rocks donde el aqua hace un espectaculo impresionante. Desde la costa oeste cruzamos la ultima vez los Alpes y llegamos a la ciudad del nobre Maori Kaikura donde nos convertimos en observadores de la fauna marina como: focas (huelen fatal)ñ delfines (locos) y las ballenas (mayestaticas).
I asi poco a poco llegamos a Picton para trasladarnos a la Isla Norte. Cruzamos el Etrecho de Cook y descansamos del clima rural en Wellinton. Entre otras atraciones tiene un museo muy bueno (nos invitaron a un cafe). Desde la capital atacamos Mt. Egmont pero la intensa niebla no nos pemitio encontrar el pico, asi que nos rendimos. Era la unca vez que el tiempo impidio que hagamos algo que teniamos planifiquado. Hay que tener e cuenta que agui es invierno (de estilo gallego), hace frio y lleve casi simpre. Teniamos tanta suerte que cada vez que llegamos a un punto de partida a un trekking o otra cosa, el tiempo cambiaba y podriamos hacer todo.
Luego fuimos a Rotorua que se conoce por ser una zona vulcanica mas activa del mundo y de los pueblos Maories. Damos un paseo por la reserva natural de los geysers y lagos calientes que parecia infierno con tanto humo, olia a pedo y pecado.
Ayer fuimos a una playa con el agua caliente (calentada por el vulcano) y hoy llegamos a Aucland donde nos quedamos hasta la salida hacia Australia.
Thursday, 21 May 2009
Wiesci z drugiej polkuli
Nasze milczenie spowodowane bylo dwoma czynnikami tj. zmeczeniem i brakiem przyzwoitego dostepu do internetu. Zmeczylismy sie intensywnoscia naszego przemierzania Nowej Zelandii, ktore juz ma sie ku koncowi, a ktora to intensywnosc wysysala z nas wszelkie checi poszukiwania komputera. Drugi powod to wlasnie brak tegoz komputera podlaczonego do internetu, ktory odpowiadalby standardom XXI w. Nowa Zelandia niespecjalnie przejmuje sie pojeciami takimi, jak globalna wioska czy spoleczenstwo informacyjne i na poziomie rozwoju informatycznego szczesliwie jest jakies 5-10 lat do tylu w stosunku do Europy. Da sie oczywiscie to przezyc, tyle ze uswiadamia nam poziom rozwoju jaki mamy w Polsce, na przyklad, a z ktorego nie zdajemy sobie sprawy, bo dookola wszyscy maja tak albo nawet lepiej.
Konczac juz temat technologiczny, musze stwierdzic, ze pobyt na antypodach, w kraju badz co badz nalezacym, sprawka kapitana Cooka, do kultury zachodniej, uswiadamia jak homogenicznym kulturowo tworem jest Europa. Wydaje nam sie, ze tak wielkie roznice dziela nas z Finami czy Grekami, ale okazuje sie, ze wiecej nas laczy niz dzieli. Ot taka refleksja z drugiego kranca globu.
Co do naszych nowozelandzkich przygod, to sprowadzaja sie one glownie do ogladania cudow natury, ktorych tu na kopy, jezdzenia samochodem i zwiedzania hosteli. Zanim jednak zaczne zwiezle opowiadanie tego, co widzielim, kilka uwag ogolnych.
Nowa Zelandia nie jest specjalnie inspirujaca ani kulturowo, ani gastronomicznie, wiec przyroda jest w zasadzie jedynym powodem, aby tu przyjechac. I jest to Powod, ktory nie potrzebuje pomocy innych powodow. Bedac w Nowej Zelandii nie sposob nie docenic rowniez rozwoju uslug turystycznych. Kiedyz w Europie tak bedzie?! W kazdej najmniejszej wiosce, z ktorych glownie sklada sie ten kraj, funkcjonuje kompetentne biuro informacji turystycznej, ktore nie tylko jest w stanie zarezerwowac miejsca na wszystkie lokalne atrakcje, znalezc miejsce w hostelu w nastepnej miejscowosci, do ktorej sie udajemy, ale takze poinformowac, jakie ptaki wlasnie widzielismy na parkingu i jakie bedziemy widziec na podobnym parkingu 1000km dalej. A wszystko to z usmiechem. Sama radosc. Hostele sa w miare tanie i zawsze czyste. Zalujemy tylko, ze jestesmy tutaj w zimie i wiele atrakcji nie nadaje sie na deszcz i zimno. A atrakcji jest co nie miara (splywy, bungy jumping, loty helikopterem, etc.)
Nowa Zelandia, jak juz wspomnialem, sklada sie z wiosek, co czyni ja wielka, slabo zaludniona wioska, co miewa swoje wady i zalety. Stan ten utrudnia przede wszystkim aktywnosci wieczorne, bo okazuje sie, ze o 17 zamiera zycie i wszyscy chowaja sie w swoich chatach popijajac herbate i ogladajac brytyjskie reality shows. Zaleta jest to, ze wszystkie wazne instytucje (stacja benzynowa, sklep, informacja turystyczna, hostel) mieszcza sie przy jednej drodze, wiec uzywanie GPSa jest zupelnie zbyteczne. Godnosci miejskiej broni (mowie to na podstawie tego, co zwiedzilismy dotychczas, bo przed nami jeszcze kilka dni w Auckland) wylacznie Wellington, czyli stolica, w ktorej rzeczywiscie czuc klimat miasta, jest swietne muzeum, teatry, etc. Wellington to 3. najwieksze miasto Nowej Zelandii, stolica i zdecydowanie tetniaca zyciem metropolia (ktora po Tokio zdaje sie byc sennym przedmiesciem). Przedmiesciem nie tylko zdaje sie, ale nim jest, drugie najwieksze miasto NZ czyli Christchurch, od ktorego zaczela sie nasza przygoda nowozelandzka. Po zaklimatyzowaniu sie, przepierce, naradach z autochtonami na temat trasy i srodka transportu, ruszylismy wspominanym wczesniej blekitym pierdolotem, czyli tajemniczym Daihatsu Sirion o mocy chyba 10KM na podboj wyspy poludniowej. Nie narzekajmy jednak na samochod, bo pokonal takie przelecze, podjazdy i tunele, ze kudy tym wszystkim terenowym toyotom. Trasa wiodla od Christchurch do podnuza Mt. Cook, czyli najwyzszej gory NZ, gdzie polazilismy w poszukiwaniu blekitnych jezior i lodowca Tasmana, ktory nie wyglada na lodowiec, tylko na wielkie, smutne, szare jezioro. Tym smutniesze, ze coraz wieksze w zwiazku z ociepleniem klimatu.
Nie wychodzac z podziwu nad widokami przedostalismy sie do Fiordlandu, czyli jak sama nazwa wskazuje, deszczowej norweskopodobnej krainy, ktora podarowala nam jeden dzien slonca wystarczajacy na zwiedzenie Milford Sound, czyli fiordu, ktory nazywany jest nie bez powodu, osmym cudem swiata. Stamtad alpejskimi drogami dojechalismy do lodowca Franca Josefa, na ktorym urzadzilismy sobie pieciogodzinny spacer z przeszkodami. Fajnie bylo i jak tylko otrzepalismy sie z blota, ruszylismy dalej, do Greymounth, ktore co prawda nie bylo specjalnie urodziwe, ale byl tam najlepszy hostel, w jakim dotychczas spalismy (Global Village), a poza tym bylo blisko kolejnej atrakcji, czyli skal nalesnikowych (chodzi raczej o takie nalesniki amerykanskie, wielowarstwowe), ktore w trakcie przyplywu wyrzucaly w powietrze fontanny wody i pary.
Z zachodniego wybrzeza, po raz kolejny przecinajac pogorze alpejskie, wrocilismy na wybrzeze wschodnie, konkretnie do slonecznego miasta Kaikura, gdzie podgladalismy okoliczna faune w postaci fok (smierdza strasznie i wygladaja na rownie leniwe, jednym slowem: lenie smierdzace), delfinow (jaki delfin jest kazdy wie) i wielorybow (widzielismy 3 sztuki, ktore pomachaly do nas ogonami, ale na szczescie nie bzikowaly tak, jak delfiny). I tak, krok za krokiem znalezlismy sie w Picton, miescie, ktore znajduje sie na mapie tylko dlatego, ze wyplywaja z niego promy na wyspe polnocna. A teraz moze takze dlatego, ze tam wlasnie dowiedzialem sie, ze nie zdalem, tam gdzie zdawalem (zainteresowani wiedza).
Po krotkiej przeprawie przez ciesnine Cooka wyladowalismy w Wellington, o ktorym juz wspominalem. Ze stolicy ruszylismy na, nieudany jak sie pozniej okazalo, atak na Mt. Egmont, ktora tak sie ukryla w sniegu i mgle, ze nie dostrzeglysmy jej ani my, ani odpowiedzialni z bezpieczenstwo na szlaku. Zatrzymujac sie chwile przy temacie pogody, to musimy przyznac, ze mamy duzo szczescia i w ciagu minionych dwu tygodni, ktore byly bardzo jesienne, deszczowe i chlodne, atak na Mt. Egmont byl jedynym przedsiewzieciem nieudanym z powodu pogody. Za kazdym zaplanowanym trekkingiem, wypogadzalo sie na krotko przez momentem, w ktorym dotarlismy na miejsce. Chocby nawet lalo przez dwa wczesniejsze dni. Niezrazeni wiec tym meteorolgicznym prztyczkiem w nos, postanowilismy poznac nieco kultury Maorysow i tak oto docieramy do miejsca, z ktorego pisze, czyli z miasta Rotorua. Dzisiejszego wieczora umowieni jestesmy na kolacje, tance i opowiadanie legend. Rankiem odwiedzilismy najbardziej aktywna na swiecie strefe wulkaniczna, ktora wyglada nieco piekelnie. Dym i para wydobywaja sie z sykiem z ziemii, kolorowe jeziora wrzacej wody bulgocza dookola, gejzery wytryskuja raz po raz i smierdzi zgnilym jajem, pierdem i wedzona szynka. Tak sie nawdychalismy tych gazow, ze az rozbolaly nas glowy.
Jutro, zgodnie z tytulem naszego bloga, pojedziemy pojezdzic troche tylkiem po piasku, a dokladnie po piasku podgrzewanym, bo skoro to strefa wulkaniczna, to nawet nad zimnym morzem kazdy moze wykopac sobie swoj basen z podgrzewana geotermalnie woda i wymoczyc w nim zmeczone cialo. Taka demokracja.
A pozniej to juz tylko Auckland.
Thursday, 14 May 2009
Saturday, 9 May 2009
Wladcy przestrzeni
Tuesday, 5 May 2009
Monday, 4 May 2009
Co tam w garnku / Que se quece
Kuchnia japonska jest slawna chyba przede wszystkim przez sushi i moze rowniez przez ogromne spozycie ryzu (70kg na osobe rocznie). To prawda, ale sushi wcale nie jest tu najpopularnieszym daniem. Najczesciej, przynajmniej w ciagu dnia, jada sie cos w rodzaju tresciwej zupy pelnej makaronu (z maki pszennej), ktora wydaje sie smakowac zawsze tak samo pomimo roznych dodatkow. Jako ze jest to najlatwiej dostepne danie, zjedlismy go juz zbyt duzo i nie mamy ochoty na wiecej, zwlaszcza po tym jak ostatnia porcja udekorowana byla surowym jajem.
Poza tym rzeczywiscie je sie sporo ryzu, aczkolwiek nasze doswiadczenia sa w tym temacie dosc ograniczone. Ryz jest jednak zasadniczym skladnikiem bento (o ktorym za chwile), a to z racji naszej mobilnosci czesto forma posilku. Pewnego dnia, zupelnie wyglodniali, wstapilismy do sympatycznie wygladajacej knajpki, w ktorej po dosc skomplikowanym zamowieniu dania u szczerbatego kucharza, zjedlismy bardzo smaczny ryz z sosem curry, jajko sadzone i kotlet z kurczaka.
A propos zamawiania, to nie jest ono tak skomplikowane jakby sie moglo wydawac. Przede wszystkim prawie kazde menu ma zdjecia, wiec w przyblizemiu mozna sobie wyobrazic jak dana potrawa bedzie wygladac. Gdy nie ma zdjec, na wystawie umieszczone sa atrapy dan, ktore sa malymi kiczowatymi arcydzielami sztuki uzytkowej. Pamietacie plastikowe pomarancze? Na wystawie japonskiej restauracji mozecie zobaczyc plastikowe spagetti z widelcem nakrecajacym makaron. Wyglada to naprawde apetycznie i zawsze mozna wskazac palcem na atrape, zeby zamowic.
Istnieje jeszcze jedna ciekawa mozliwosc zamowienia potrawy, w malych knajpkach, chyba zeby uniknac utrzymywania kelnera i kasjera, danie wybiera sie w automacie przed wejsciem (zazwyczaj ma zdjecia), ktory wyglada i dziala jak automat biletowy, a kupon, ktory z niego wypada wrecza sie kucharzowi. Ostatnia forma wybieranaia pozywienia to tzw. karuzela. Widzielismy taki sposob jedynie w barach sushi, wiec nie wiadomo czy jest czesciej spotykany. Jak sama nazwa wskazuje dania kreca sie przed nosem klienta na malym pasie transmisyjnym, a klient bierze sobie, co mu sie podoba. Cena zalezy od koloru talerzyka. Dobra wiadomosc jest taka, ze woda jest za darmo, a i zielona herbata sie zdarza. W barze sushi bylismy na targu rybnym w Tokio i bylo naprawde pyszne i swieze, chociaz moja tendencja to wybierania potraw dziwnych, zmusila nas do sprobowania ikry sledzia. A to wszystko na sniadanie.
Japonczycy czesto jedza podrozujac. Do jedzenia w czasie podrozy sluza bento, czyli pudeleczka wielkosc kartki A4, w ktorych mozna znalezc troche sushi, troche miesa, kawalek owoca, troche ryzu z wodorostami zawinietego w lisciu, kawalek jajecznicy (mocno sciete jajko w ksztalcie malej cegielki). Pelnowartosciowy obiad, tyle ze zimny.
Wersja oszczednosciowa to takie pudelko przygotowane w domu. Wtedy uczen lub bussinesman wracajacy pozno do domu, wyciaga menazke wielkosci cegly zawinieta w serwetke, na ktorej kilku poziomach miesci sie kolacja.
Istotnym elementem miejskiego krajobrazu sa automaty do sprzedazy wszystkiego do jedzenia i picia. Tak jak w Europie mozna w nich kupic zimne napoje,ale takze napoje gorace w puszkach np. kawe, ktorej ostatnio naliczylem 10 rodzajow w jednym automacie. Plus 8 rodzajow mrozonej. W automatach z jedzeniem mozna kupic frytki, kawalki pieczonego kurczaka i zupy. Nie dowazylem sie jeszcze sprobowac.
Jedzenie jest naprawde pyszne, lekkie i zaskakujace. Wspomniana kostka jajeczna jest slodka, slodycze sa z fasoli, wisienka dekorujaca kawalek sushi kiszona, a lody o smaku zielonej herbaty. Japonskie potrawy sa jednak przede wszystkim piekne.
Hoy mi tema favorito - la comida.
La cocina japonesa es famosa de dos cosas: de sushi y de arroz (los japoneses comen unos 70kg de arroz per capita). Y sì,es verdad pero hay màs cosas y sushi no es la comida mas popular en Japon. Lo que se come mas cada dia son sopas con fideos (soba). A pesar de que tiene muchos ingredientes diferentes siempre sabe igual. Como es un plato mas accesible ya hemos comido demasiado y ya no tenemos ganas para mas especialmente si la ultima sopa que nos sirvieron era con el huevo crudo.
Se come mucho arroz pero nosotros no tenemos mucha experiencia en este tema. Una dia llegamos a un bar humilde con un cocinero que deberia visitar el dentista pero ya y comimos un plato delicioso de arroz con salsa de curry, huevo frito y un fillete de pollo. Todo puesto como una torre con la base de arroz (para que no penseis que era un plato combinado del bar de la carratera de Carrion). Lo pedimos porque tenia buena pinta, un indicador que falla poco. Porque en los bares y restaurantes de Japon se pide por las fotos. Cada carta tiene fotos pues no hay luego sorpresa e la apariencia de plato (en sabor sì). Benditos que sean estas fotos y la persona que se le ocurrio esta idea porque si no hubiera las fotos probablemente hubieramos muerto de sobrecalentamiento del cerebro en el primer bar. Hay un meteodo mas avanzado de la presentacion de la especialidad del local, es decir los modelos de los platos de plastico. Son unas perfectas imitaciones de los platos con un toque hortera pero muy bien hechas. Siepre puedes llevar al camarero fuera del bar y dar uso a tu dedo indice enseñando que te parece bueno en este momento. Puede que tengas que sacar el cocinero de su puesto para enseñar lo que quieres porque no haya camarero ni cajero. En este caso hay una maquina de pedir que parece un automato de billetes de tren. Eliges un plato por las fotos, echas unos yenes, presionas el boton y te sae un cupon que luego se lo das al cocinero. La ultima forma de pedir es karuzela. Los platos se mueven alrededor de la barra/cocina y el cliente elige su plato. Solo lo hemos visto en los bares de sushi asi que no podemos decir si exsiste en otros establecimientos. El precio depende del color del plato y es muuucho mas bajo que en Europa. Ademas el te o el agua es gratis. Estuvimos en el sushi bar en la lonja de pescado en Tokio y creo que sushi no puede ser mas fresco y bueno, pero mi tendencia para elegir cosas raras nos obligo a comer un sushi con la hueva de herring. Para desayunar.
Los japoneses comen mientras viajan lo que no sorprende cuando se vea cuanto tiempo pasan en el metro, trenes o autobuses. El invento que permite comer viajando se llama bento y es una caja tamaño de la hoja A4 con un poco de todo. Puede tener algo de sushi,revuelto de huevo en la forma de un cubito,un poco de carne, una bola de arroz con algas envuelto en la hoja de una planta desconocida, algo de fruta, etc. Una comida como dios manda pero fria. La version barata del bento, hecha en casa se esta en una caja de metal de tamaño de un ladrillo, que envuelta en un pañuelo, lleva arroz, pescado o carne, ensalada de setas o algo parecido. Un estudiante o bussinesman que vuelve a casa muy tarde cena en el tren para ahorrar el tiempo.
Un elemento importante del paisaje urbano es la maquina de vending de todo para comer y beber. Igual que en Europa se puede comprar los refrescos, pero tambien las bebidas calientes, como el café, de cual he contado 10 sabores differentes (màs 8 frios). En los vending de comida se puede compra patatas fritas, medallones de pollo y sopas. No nos hemos atrevido todavia.
En general la comida japonesa es deliciosa, ligera y sorprendente. El cubito de huevo es dulce, las golosinas de habas,la cereza en el sushi es un picle y los helados de te verde. Los platos japoneses son sobre todo bonitos.
Friday, 1 May 2009
Przygoda dnia \ La aventura del dia
hostelu i ruszylismy na spacer w kierunku centrum. Zeby spacer byl
ciekawszy, wybralismy trase wzdluz rzeki i tak sobie idac zobaczylismy
kamienne lawki. Postanowilismy zjesc sniadanie i kiedy juz
usiedlismy, wyciagnalem jogurt i nagle jogurt wyskoczyl mi z reki,
obryzgujac swoja kaktusowa zawartoscia plecak, kurtke i pol lawki.
Wciaz w szoku spojrzelismy wzdluz trajektorii plastikowego pudelka po
jogurcie i okazalo sie, ze jogurt wytracio mi z reki jakis wielkieptaszysko przypominajace jastrzebia. Ptaszysko to siedzialo na latarni na brzegu rzeki i
czychalo na piknikowiczow. Na szczescie mial dobre oko i trafil
dokladnie w wieczko jogurtu, wiec nie odnioslem obrazen fizycznych,
jedynie psychiczne i do wieczora spogladalem nieufnie w niebo. Poza tym
narazilem sie na nieprzyjemne spojrzenia Japonczykow, kiedy tak sobie
maszerowalem z plecakiem calym w bialych plamach smierdzacych
skislo-owocowo.
Kazdy dzien moze byc tym ostatnim.
Cuando llegamos a Kioto ayer por la mañana, dejamos las cosas en el
hostal y decidimos dar un paseo hacia el centro de la ciudad. Para que
el paseo este mas agradable cogimos la ruta por la orilla del rio.
Andando un rato y viendo el paisaje muy bonito, encontramos un banco
en un sitio ideal para desayunar. Saque el yogur de la mochila y de
repente el yogur volo y mancho la mochila,el banco,mis pantalones y
jaqueta con su contenido de sabor de cactus. Todavia en el estado de
shock observamos la trayectoria del yogur cayendo y vimos que era un
pajaro grande,como un halcon, que tiro el yogur de mis manos. El pajarito
este esquroso estaba sentado en la farola eserando la gente que elija
este banco para comer algo. Por suerte tenia buena punteria y agacho
con la pata solo la tapa del yogur entonces no sufre daño fisico
nunguno pero el resto del dia miraba el cielo asustado. Ademas los
japoneses me miraron bastante raro cuando andaba por las calles
oliendo a frutas y leche rancias, en este pais obsesionado con
limpieza.
Cada dia puede ser el ultimo.